“Dla mnie Polonia w Gruzji to błękitne oczy i pewna nostalgia w tych oczach”

Polonia w Gruzji nie jest liczna, jednak dzięki swojej wyjątkowej historii i dziedzictwu kulturowemu ma ogromne znaczenie. Gruzińsko-polskie relacje liczą ponad dwa stulecia, a dziś ich pogłębianiu najważniejszą rolę odgrywają ci, którzy budują most między dwoma krajami — kulturowy, ludzki i humanitarny. Jedną z takich osób jest Dorota Parzymies.

Dorota jest nie tylko jedną z najbardziej aktywnych wspierających polską diasporę w Gruzji, ale także osobą, która swoją działalność zawodową i humanitarną silnie związała z tym regionem. Jest założycielką fundacji „Ocalenie” i „MultiOcalenie”, a także współzałożycielką Polskiej Sobotniej Szkoły im. św. Jadwigi Królowej w Tbilisi — miejsca, które dziś pomaga polskojęzycznym dzieciom i ich rodzinom zachować swoją kulturową tożsamość. W swojej 25-letniej karierze Dorota poświęciła się projektom humanitarnym i edukacyjnym, zarządzaniu zespołami wielokulturowymi oraz pracy z uchodźcami. Jej związek z Gruzją jest jednak nie tylko zawodowy, lecz także osobisty — jest szczęśliwą żoną Gruzina, a Kaukaz od wielu lat stanowi integralną częścią jej życia. Celem tego wywiadu jest lepiej zrozumieć, jaką rolę odgrywa Dorota Parzymies w umacnianiu polskiej diaspory w Gruzji, jakie znaczenie ma dla niej praca humanitarna i w jaki sposób związała swoje życie z Gruzją.

Dorota Pażymiesi, założycielka i zarządca Fundacji „Multiocalenie”.

Jak narodziła się Fundacja Multiocalnie, jaka była jej pierwotna misja i co było impulsem do zaangażowania się w działania związane z Polonią w Gruzji?
-To bardzo stara historia. Dawno, dawno temu jechałam na zajęcia na Uniwersytet Warszawski i w autobusie zaczęłam czytać książkę Ryszarda Kapuścińskiego „Kirgiz schodzi z konia”. Jest to zbiór opowieści z podroży po radzieckich republikach, a jak akurat czytałam opis, jak się robi gruziński koniak. I poczułam przeogromny impuls/wewnętrzny głos, że muszę pojechać do Gruzji. W tym czasie w polskich mediach były tylko doniesienia o porwaniach w górach w Gruzji i o niestabilnej sytuacji. Ale ja zaczęłam się przygotowywać do wyprawy mojego życia. Przez ponad dwa lata przygotowywałam się do tej podroży. Szukałam w internecie informacji na temat sytuacji w Tbilisi, wykupiłam w warszawskich antykwariatach niemal wszystkie publikacje dotyczące Gruzji. Były to w większości książki pochodzące z czasów komunizmu, w których kraj ten był nazywany „perłą Związku Radzieckiego”. Zaczęłam czytać gruzińską literaturę i zbierać gruzińskie przysłowia. Zapisałam się do Towarzystwa Polsko-Gruzińskiego, które wtedy działało w Łodzi. Moje marzenie spełniło się w listopadzie 1999 r. W Tbilisi wylądowałam w nocy (lot z Zurichu), padał śnieg. To jednak nie przeszkodziło mi w ucałowaniu na kolanach gruzińskiej ziemi. Gruzini dopytywali się mnie, czy nie jestem chora, że tak padłam na kolana? A ja ich informowałam, że oto spełnia się marzenie mojego życia. W zamian usłyszałam, że wszyscy stąd marzą wyjechać, a ja spełniam marzenie… Przez pięć dni zwiedzałam większość punktów obowiązków w Tbilisi. Byłam też w Mcchecie i Jvari. Trafiłam też na katolicki cmentarz na Kuki i do kościoła katolickiego, zwanego „polskim” przy Javakhishvili. Z przeczytanych książek wiedziałam, że w Tbilisi do tej pory mieszkają potomkowie Polaków zsyłanych do Gruzji na przełomie XIX i XX wieku. Przestępując próg kościoła św. Piotra i Pawła, poczułam się, jakbym przyszła do świątyni położonej w dowolnym miejscu w Polsce – tabliczki z polskimi modlitwami pod obrazem Matki Boskiej i typowo polski wystrój. W ogromnym skupieniu przyglądałam się ołtarzowi, próbowałam usłyszeć jakieś głosy z przeszłości opowiadające historie polskich zesłańców, którzy zbudowali tę świątynię w II połowie XIX wieku. W kościele spotkaliśmy kobietę pilnującą porządku, która zaprowadziła nas na plebanię do polskich księży. Duchowni opowiedzieli mi o sytuacji tbiliskiej Polonii, o polskiej szkole i o formach działalności organizacji polonijnych. Ta zrujnowana i rozpadająca się plebania, z trzeszczącymi schodami i zawilgoconym ścianami nie dawała mi spokoju po powrocie do Polski. Postanowiłam odwdzięczyć się Gruzji za to, że dała mi pasję i że kiedyś w przeszłości gościnnie przyjęła zesłanych tu przez władze carskie Polaków. I tak powołałam do życia Fundację „Ocalenie” niosącą pomoc osobom polskiego pochodzenia zamieszkującym cały Kaukaz Południowy. Głównym celem fundacji była pomoc polskiej szkole w Tbilisi. W wyniku życiowych wichrów i zawieruch w 2013 r. założyłam Fundację „MultiOcalenie”

Jakie wartości są dla Pani najważniejsze w realizacji projektów społecznych

-Od 25 lat realizuję projekty medyczne, humanitarne, socjalne, edukacyjne, historyczne i integracyjne w Gruzji i w Polsce. Zawsze i wszędzie najważniejszy jest dla mnie człowiek, sprawiedliwość i prawda.

Jakie są najważniejsze projekty realizowane w Gruzji we współpracy z Polonią?

-Właśnie kończymy realizację dwóch bardzo ważnych projektów. Na stronie polskakaukaz.pl możecie wirtualnie pospacerować razem z nami po 27 obiektach związanych z dziedzictwem historycznym i kulturowym Polaków w Gruzji. To jest dla mnie bardzo emocjonalny projekt – płakałam na płycie nieczynnego wojskowego lotniska pod Kutaisi, na którym szukaliśmy śladów łagru o numerze 0331, w którym niewolniczo pracowali żołnierze Armii Krajowej z regionu Wileńszczyzny zesłani do Gruzji na przełomie 1944/1945 roku. Płakałam przy ruinach polskiego kościoła w Manglisi, który Sowieci przerobili na mleczarnię, a obecnie mieszkańcy zwożą do niego słomę. Jesteśmy tez na finiszu projektu pomocy medycznej i socjalnej dla osób polskiego pochodzenia z Tbilisi, Kachetii (Lagodechi, Dedoplitskaro), Samcche-Dzawachetii (Achalcyche, Khizabavra, Vale). Około 300 osobom opłaciliśmy badania medyczne (od najprostszych analiz do skomplikowanych tomografii), wykupiliśmy przepisane lekarstwa i zrobiliśmy paczki z artykułami spożywczymi. Projekty są finansowane ze środków Kancelarii Senatu w ramach opieki nad Polakami i Polonią poza granicami Polski.

Badania medyczne i projekt pomocy społecznej dla Gruzinów polskiego pochodzenia w Achalciche. Rok 2025.

Ale chyba najważniejszy projekt zrealizowany z gruzińską Polonią to był projekt z roku 2002, gdy na leczenie do Polski przywiozłam 14 uczniów Polskiej Szkoły w Tbilisi, którzy chorowali na gruźlicę. Za 3-miesięczne leczenie w najlepszym szpitalu w Otwocku zapłaciła kanadyjska Polonia. To był niesamowity wyraz solidarności i jedności między bogatą Polonią z Kanady, a znajdującą się na granicy przetrwania gruzińską Polonią.

Kolonie w Polsce dla uczniów Polskiej Szkoły z Tbilisi

Na jakie potrzeby Polonii w Gruzji odpowiadają te projekty?

-Nasze projekty odpowiadają na potrzeby związane z kształtowaniem młodzieżowych liderów polonijnych – co roku udaje nam się zorganizować w Polsce warsztaty liderskie dla najmłodszych przedstawicieli gruzińskiej Polonii. Priorytetem jest dla nas także pomoc medyczna i socjalna dla najstarszych osób polskiego pochodzenia. Wiele osób odwiedzamy w ich domach i widzimy, w jakich trudnych warunkach mieszkają. Jako sentymentalna osoba dbam też o zachowanie polskiego dziedzictwa historycznego i kulturowego. Uwielbiam spacerować po Tbilisi i delektować się widokiem przepięknych gmachów zaprojektowanych przez polskich architektów.

-Z jakimi wyzwaniami spotykacie się, pracując w regionie Kaukazu?

-Czasami doskwierają mi różnice mentalne (uśmiecha się). Teraz przy organizowaniu paczek z artykułami spożywczymi mieliśmy problem ze znalezieniem sklepów zainteresowanych współpracą, a mieliśmy naprawdę solidny budżet na te zakupy. Odniosłam wrażenie, że nikomu nie chciało się pochylić nad tematem. Nie lubię tematów związanych z porównywaniem prawosławia i katolicyzmu. Niestety słyszałam kilka razy w Gruzji, że tylko prawosławni są prawdziwymi chrześcijanami. To nie były dla mnie łatwe rozmowy.

-Jak układa się współpraca z miejscowymi instytucjami w Gruzji?

-Jestem pod ogromnym wrażeniem współpracy z prywatnymi klinikami medycznymi w trakcie naszego obecnego projektu medycznego. Świetna organizacja badań i bardzo dobry kontakt z osobami decyzyjnymi.

-Co Pani uważa za największy sukces Fundacji w kontekście relacji polsko-gruzińskich?

-W Polsce bardzo cenię sobie to, co zrobiliśmy dla imigrantów z Gruzji przebywających w Polsce w trakcie pierwszych miesięcy pandemii. Realizowaliśmy wtedy duży projekt integracyjno-pomocowy. Ludziom, którzy z minuty na minutę zostali na ulicy, roznosiliśmy jedzenie, przekazywaliśmy paczki żywnościowe (dużo produktów otrzymaliśmy od rolników z Podlasia), płaciliśmy za hostele. Opłacaliśmy wizyty lekarskie i leki. Z ciężarnymi dziewczynami chodziłam na kontrole lekarskie i oglądałam ich małe dzieciaki na ekranie USG. I te dzieciaki stawały się trochę moimi dzieciakami (uśmiecha się). Były tez bardzo trudne momenty śmierci naszych podopiecznych. Całym fundacyjnym zespołem długo to przezywaliśmy.

W Gruzji największym moim sukcesem są pierwsze lata działalności, gdy przywoziłam lokalnej Polonii jedzenie, ciepłe ubrania, polskie gazety, lekarstwa, ale przede wszystkim przywoziłam im nadzieję i normalność do ich nieogrzewanych i pozbawionych prądu domów.

Dorota Pażymiesi stara się pomóc Gruzince w Gori, którą odnalazła w zbombardowanym domu. Gori, 2008 rok. „Kiedy usłyszała, że mówię po rosyjsku, zapłakana zaczęła mnie błagać, żebym jej nie zastrzeliła, ponieważ była w szoku.”

-Czy zauważa Pani wzrost zainteresowania polską kulturą wśród społeczności lokalnej?

-Polska cieszy się dużą sympatią w Gruzji. Lokalna Polonia korzysta z możliwości otrzymania Karty Polaka (symboliczne potwierdzenie przynależności do narodu polskiego, dokument wydają polskie konsulaty na całym świecie), która otwiera drzwi do otrzymania polskiego obywatelstwa. Młodzież polskiego pochodzenia wyjeżdża często na studia do Polski – jako osoby polskiego pochodzenia otrzymują stypendium rządowe na czas trwania nauki.

-Czy macie osobiste związki z Gruzją lub Polonią gruzińską?

-Mam wielu przyjaciół spośród gruzińskiej Polonii, z którymi przyjaźnię się już ćwierć wieku. Gruzja mieszka w moim domu, bo mój mąż jest Gruzinem. Ale najpierw była ogromna miłość do Gruzji, a dopiero dużo później do Gruzina (uśmiecha się).

Jakie są plany rozwoju projektów w Gruzji na najbliższe lata?

-Właśnie piszę kolejne projekty, bo Senat RP ogłosił konkurs na wsparcie Polonii w latach 2026 – 2027. Pomysłów mi nie brakuje. Bardzo mi zależy na organizacji kursów języka polskiego dla Polonii z Achalcyche.

Jak osoby prywatne lub firmy mogą włączyć się w pomoc?

-W Lagodechi potrzeba pilnie dokonać remontu pomieszczeń Związku Polaków w Kachetii, w których są organizowane lekcje polskiego, próby wokalne lokalnego zespołu. Może znajdzie się jakaś firma oferująca materiały remontowe; Osoby starsze, które nie wstają już z łózka potrzebują pieluch dla dorosłych; Trójka dzieciaków z Achalcyche powinna być na stałe rehabilitowana; W Tbilisi, w galerii handlowej przy sklepie „Fresco” przy ul. Chikobava 22, w kawiarni, przesiaduje samotna, starsza pani. Na kawiarnianym stoliku rozkłada okruchy chleba i czeka, aż klienci z wielkimi zakupami podarują jej kilka lari. Jej marzeniem było zjeść kurczaka – dwa tygodnie temu kupiliśmy Jej kilka kurczaków. Kto będzie w pobliżu, to zajrzyjcie do Niej i podarujcie jej kurczaka.

-Co najbardziej zaskoczyło Pani w Gruzji?

-Jak pierwszy raz pojechałam do Gruzji, to najbardziej zaskoczyli mnie „ochroniarze” z “kałachami” stojący przed małym hotelikiem na Saburtalo. Później nie mogłam zrozumieć, dlaczego połowa Gruzji nie mówi „Dorota”, tylko „Daroti” (uśmiecha się).

Obecnie, po realizacji kilku projektów dla imigrantów z Gruzji w Polsce, zaskoczył mnie duży odsetek osób uzależnionych od substancji psychoaktywnych i hazardu.

Jestem też pilotem polskich wycieczek w Gruzji i współpracuje z wieloma kobietami prowadzącymi agroturystyki. Zaskoczyła mnie ich siła i mądrość życiowa! Teo, Maiko, Mariana, Marina, Leyla -uściski, moje Siłaczki wspaniałe!

-Czy są jakieś gruzińskie zwyczaje lub tradycje, które szczególnie pokochaliście?

– Jeden z moich pierwszych pobytów w Tbilisi, mieszkałam w Vake, moi przyjaciele poszli do pracy, a ja odsypiałam nocny lot przez Istanbul. Nagle obudziły mnie głośne, kilkukrotnie powtarzające się krzyki. Z tembru głosu ewidentnie odgadłam, że ktoś kogoś woła bez sukcesu. Trwało to dobrych kilka minut. Moi przyjaciele wrócili z pracy i zapytali się, jak mi się spało? Nieco wkurzona, bo niewyspana, zapytałam ich, gdzie mieszka Maconi, bo cały ranek ktoś go wołał. Możecie wyobrazić sobie minę moich gospodarzy, którzy zrozumieli, że nie wiem, że maconi to maconi, a nie imię sąsiada (uśmiecha się).

Ze zwyczajów i tradycji bardzo lubię Bedobę. Strasznie żałuję, że nie umiem tańczyć gruzińskich tańców. Kilka osób próbowało mnie uczyć, ale zawsze słyszałam, że macham za szybko rękoma i wychodzi z tego gruzińskie flamenco.

Gdyby miała Pani opisać współczesną Polonię w Gruzji jednym zdaniem — jakie by ono było?

-Nie wyjdzie mi z tego jedno zdanie. Byłam kiedyś z turystami w małym miasteczku w regionie Leczkhumi. Zatrzymaliśmy się przy piekarni, którą prowadziła starsza pani. Zapytała nas, skąd jesteśmy? Popatrzyłam na nią i zobaczyłam wielkie niebieskie oczy – pani była prawnuczką polskiego zesłańca.

Dla mnie Polonia w Gruzji to błękitne oczy i pewna nostalgia w tych oczach.

Autorka: Shorena Melkuashvili

Facebook Comments Box
error: Content is protected !!